Podsumowanie muzyczne 2011

Grudzień 28, 2011

Chociaż moja aktywność na blogu jest raczej śladowa, czego jak czego, ale podsumowania muzycznego zabraknąć nie może. Tym razem bez zbędnych komentarzy, TOP30 albumów roku 2011:

30. Alter of Plagues „Mammal”
29. Battles „Gloss Drop”
28. Ulver „Wars of the Roses”
27. Samael „Lux Mundi”
26. Jello Biafra and the Guantanamo School of Medicine „Enhanced Methods of Questioning”
25. Sunn O))) meets Nurse with Wound „The Iron Soul of Nothing”
24. Today is the Day „Pain is a Warning”
23. Young Widows „In and Out of Youth and Lightness”
22. Horrors „Skying”
21. Sherlocks Daughter „EP”
20. Puscifer „Conditions of my Parole”
19. PJ Harvey „Let England Shake”
18. Boris „the New Album”
17. Primus „Green Naugahyde”
16. EMA „Past Life Martyred Saints”
15. Current 93 „HoneySucle AEons”
14. United Sons of Toil „When the Revolution Comes, Everything will be Beautiful”
13. And You Will Konow Us by the Trial of Dead „Tao of the Dead”
12. Earth „Angels of Darkness, Demons of Light”
11. Deerhoof „Deerhoof vs Evil”

10. Take a Worm for a Walk Week „TAWFAWW”
Jesus Lizard się zeszli po dekadzie przerwy, grają koncerty na festiwalach, ale o nowym materiale cisza. Daughters wydali nowy krążek w ubiegłym roku i się rozpadli. Nowa płyta Future of the Left dopiero w przyszłym roku. Jeśli ktoś jest zatem stęskniony za dobrym noise-punkiem, gdzie niedbałość wykonawcza zalewa nam uszy od pierwszych akordów powinien posłuchać Take w Worm for a Walk Week. Brudu w tej muzyce jest tyle, że trudno się potem doszorować pod prysznicem. Mało to odkrywcze, dużo patentów żywcem przepisanych z wymienionych wyżej kapel. Ale słucha się świetnie. 10 kawałków, 25 minut – w dobie wszechobecnego nadmiaru i zalewu muzyki z internetu to też duża przewaga.

9. A Pale Horse Named Death „And Hell Will Follow Me”
Type O Negative i Life of Agony to były dwie ważne kapele mojej młodości. Oba zespoły zawsze wiele łączyło. Wywodzili się z Nowego Jorku i często byli zaliczani do tamtejszej sceny hardcore, choć zawsze bardzo mocno od niej odstawali i nigdy nie grali muzyki zbliżonej do Agnostic Front czy Biohazard. Type O Negative zawsze ciążył w stronę gothicu, a momentami nawet doom metalu, zaś w Life of Agony coraz ważniejsze stawały się popowo-piosenkowe inklinacje lidera (które w pełni dały o sobie znać na solowych płytach Keitha Caputo).
Ostatnio oba zespoły przeżyły duże tragedie. W ubiegłym roku zmarł lider Type O Negative, Peter Steel, zaś w tym roku Keith Caputo, lider Life Of Agony, zmienił płeć. Muzycy zawsze zaprzyjaźnionych, ToN I LoF zamiast rozpaczać wzięli się jednak w garść I założyli nowy twór, nazwany A Pale Horse Named Death.
I grają coś, co jest niezłą wypadkową ich dotychczasowych kapel: ciężki metal z doomowymi naleciałościami, ale bez gotyckiej otoczki znanej z ToN. A w lutym będzie można ich zobaczyć na żywa w Warszawie!

8. La Dispute „Wildlife”
Najbardziej zdradliwy tag, jaki występuje w serwisach typu last.fm czy Rate Your Music to “Post-hardcore”. Pod tym szyldem na równych prawach funkcjonują zarówno bogowie z Fugazi jak i emo-gówna podkroju Funeral for a Friend czy inne kapele opierające swoją muzykę na patencie: wykrzyczana zwrotka – melodyjny refren lub odwrotnie. Dlatego też do La Dispute początkowo podchodziłem z pewną nieufnością – bo w końcu jak ma się ponad trzydzieści lat słuchanie czegoś otagowanego jako “emo” może powodować lekki dysonans, generalny niepokój i problemy z samooceną.
Tymczasem z La Dispute jest zupełnie inaczej i to kapela emo, która w swojej muzyce jak na moje ucho łączy dwa wątki: pokombinowane formalnie kawałki pokroku At the drive in przełamane bardziej liryczną nutą znaną z Mewithoutyou. Generalnie chłopaki nie boją się eksperymentować i dlatego warto śledzić ich dalszą karierę.

7. TV on the Radio „Nine Types of Light”
Z wieloma kapelami mam tak, że wielkie płyty, którymi zachwycają się fani i media spływają na mnie jak po kaczce. I dopiero jak zespół zagra coś znacznie słabszego, na co wszyscy kręcą nosami – to trafia we mnie i nagle zaczyna się ślepa miłość. Tak miałem np z Interpolem, które “Our love to admire” uważam za największe osiągnięcie zespołu i jedną z najlepszych płyt XXI wieku i jestem w tym sądzie osamotniony.
I tak samo robi się z TV on the Radio. Jasne, że znałem “Return to Cookie Mountain” i wszystkie ich porównania z Sonic Youth i przeboje z tej płyty mi się podobały, ale bez przesady.
A na “Nine Types of Light” TV on the Radio znacznie złagodzili brzmienie, więcej tutaj popu i elementów – bo ja wiem – soulu? Słucha się tego wyśmienicie, pełne jest melodii i sensownego kombinowania (ale nie przekombinowania). Takie myślenie o muzyce mi się kojarzy z genialnym i nieodżałowanym Dismemberment Plan, ale chyba znów jestem osamotniony w swoich przekonaniach.

6. the Raveonettes „Raven in the Grave”
Duński duet zupełnie niespodziewanie wyrósł na jeden z moich ulubionych zespołów, który trzyma naprawdę równy poziom i na którego płyty czekam z prawdziwą niecierpliwością. W ich muzyce zawsze zderzały się dwa wątki: słodkiego pre-rockowego grania w stylu lat ’50 i gęstej riffowej, shoe-gazeowej siekaniny w stylu Jesus and Mary Chain czy My Bloody Valentine. Przy okazji wydania “Raven in the Grave” czytałem wywiad z Sune Wagnerem, w którym muzyk powiedział, że ich największą inspiracją zawsze byli i tak Sonic Youth. Wtedy zrozumiałem, dlaczego ta muzyka tak bardzo mi się podoba i zacząłem odkrywać podskórną obecność SY w muzyce the Raveonettes. Choćby w moim ulubionym kawałku Duńczyków, czyli “Aly walk with me”, w którym jest wszystko co mi się w muzyce rockowej podoba. Pozornie prosta, melodyjna “piosenkowatość” maskarowana noisowym zgrzytaniem i jękami gitar.
I właśnie za to “Raven in the Grave” lubię. W porównaniu z poprzednim albuem więcej jest klasycznego rockowego grania, a wstęp do “War in Heaven” brzmi jakby przepisany z “psychodelicznej trylogii” Sonic Youth. Oby tak dalej.

5. Thurston Moore „Demolished Thoughts”
Bieżący rok był przełomowy dla Sonic Youth. Na jesieni gruchnęła nieoczekiwana wiadomość: Thurston Moore i Kim Gordon ogłosili (po 27 latach małżeństwa), że znajdują się w sepracji! Przerwane zostały prace nad nowym albumem, a przyszłość zespołu stanęła pod poważnym znakiem zapytania. Mówi się, że jesienna trasa po Ameryce Południowej mogła być ostatnią w historii Sonic Youth (mi dzięki Bogu udało się jeszcze zobaczyć ich na żywo). Jakkolwiek jestem znany z małej sympatii do “rockowych dinozaurów”, co to grają ze sobą trzy dekady albo i dłużej, w tym przypadku jest mi smutno. Uważam, że SY wciąż mieli potężny potencjał, mogli nagrywać wielkie rzeczy i wcale nie jest powiedziane, że najlepszy okres ich twórczości dawno minął. Przykładem tego choćby wydany ledwie sześć lat temu album “Sonic Nurse”, który zaliczam do jednego z najwybitniejszych w dorobku Nowojorczyków.
Na pocieszenie pozostanie nam słuchanie solowych płyt Thurstona – już nie w gitarowo-sonicowym klimacie “Psychic Hearts”, ale akustycznie wyciszonych, łagodzonych dźwiękami skrzypiec Samary Lubelski. “Demolished Thoughts” jest bardzo naturalną kontynuacją “Trees Outside the Academy” – te same song-writerskie aranżacje podszyte bardzo nośnymi tematami przewodnimi, jakie spokojnie by się odnalazły w noisowych interpretacjach Sonic Youth.
A małżeństwo Thurstona i Kim było zawsze dla mnie symbolem związku idealnego, w czym utwierdzałem się, ilekroć słuchałem “Kotton Crown” z płyty “Sister” – najpiękniejszego chyba rockowego kawałka o miłości ever. Jakże inaczej będzie się teraz podchodziło do tej piosneki.
W notce biograficznej bodaj do “Struktury” napisałem, że chciałbym się umówić na piwo właśnie z Kim Gordon. Kiedy zrealizuję wreszcie ten plan, będę przynajmniej spokojny, że Thurston nie zrobi mi sceny zazdrości.

4. Wolves in the Throne Room „Celestial Lineage”
Uważni czytelnicy mojego bloga pamiętają pewnie, że przy okazji ubiegłorocznego top10 pisałem o największym muzycznym odkryciu 2010, którym był Woven Hand i cały nurt muzyczny (nazwijmy go “alternatywnym country”) reprezentowany przez tę kapelę. W roku 2011 największe moje odkrycie to black metal. Tak, tak – podczas gdy w Polsce trwała medialna wojna o Nergala w telewizyjnym show, ja zachwycałem się nową płytą Amerykanów z Wolves in the Throne Room.
Z metalem (a black metalem w szczególności) zrobiła się ostatnio śmieszna sprawa, że awansował on do ulubionej muzyki hipsterów, do niedawna kojarzonych z kompletnie innymi brzmieniami. W efekcie na Off Festiwalu grał w tym roku bezkompromisowy Liturgy. A Wolves in the Throne Room zamiast trasy po śmierdzących klubach na trzydzieści osób, rozbijają się na festiwalach pokroju Primavera.
Ale, na Boga (a może bardziej Lucyfera, czy Boginię Matkę), oni naprawdę na to zasługują. „Celestial Lineage” zaczyna się eterycznymi dźwiękami i nieziemskim wokalem, jak żywo kojarzącym się choćby z Dead Can Dance czy innymi zespołami nagrywającymi dla 4AD. Nic bardziej mylnego – po kilku minutach zaczyna się blackowe riffowanie. Ale nie jest to bezmyślna łupanina tylko pełne harmonii i melodii, perfekcyjnie przemyślane granie.
W tym roku poznałem przyszłość ekstremalnego metalu. A jej imię to Wolves in the Throne Room.

3. Jane’s Addiction „The Great Escape Artist”
Nie jestem entuzjastą powrotów po latach, wielkich kapel, które schodzą się po latach / dekadach myślenia i nagrywają nowy materiał. Mam w dupie, czy nową płytę wydadzą Pixies czy Rage Against the Machine (aczkolwiek na koncert bym się chętnie wybrał). Dlaczego miałbym zatem myśleć inaczej o Jane’s Addiction? Jedna z ulubionych kapel młodości już wróciła raz, w roku 2003 nagrywając albun “Strays”, który przesłuchałem kilka razy i z którego nie pamiętam ABSOLUTNIE NIC.
Czego mogłem zatem oczekiwać po “The Great Escape Artist”? Mogłem oczekiwać niewiele, a dostałem całe mnóstwo. Płyta jest wyśmienita, kto wie, może nawet najlepsza w dorobku Jane’s Addiction. Nie ma na niej ani grama funku, a jest ciężka, mroczna psychodela, jak na najlepszych momentach “Ritual de lo Habitual” czy “Nothing’s Shocking”. Słuchanie tej płyty to niesamowita podróż, od otwierającej petardy “Underground” poprzez cudowne melodie “Curiosity Kills”, mrok “Irrestisible Force”, depeszowe “Twisted Tales” do czadowego “Words Right Out of My Mouth”.
Widziałem ich na żywo w 2009 roku na wyśmienitym koncercie. Pora, by wrócili do Polski z nowym materiałem.

2. Circle Takes the Square „Decompositions, Volume I, Chapter 1: Rites of Initiation”
Muzykę CTTS poznałem późno, w okolicach 2008 roku, cztery lata po ich debiutanckim albumie. Początkowo podchodziłem do nich nieufnie, stopowany przez bariery, o których wspominałem przy okazji La Dispute. Szybko jednak bariery pokonałem i mogłem się już w pełni rozkoszować bogactwem i erudycją tej muzyki gdzie na równych prawach funkcjonują inspiracje black metalem, crust punkiem, elektroniką jak i oczywiście całym nurtem emo / screamo violence. CTTS jest zdecydowanie najwybitniejszym zespołem, który tworzy muzykę tego typu i jednym z najciekawszych obecnie zespołów “czadowych”.
Na premierowy materiał przyszło czekać aż siedem lat! I w tym roku dostaliśmy jedynie zajawkę dzieła większego, narosłego już legendą, epickiego dzieła, które chyba przerosło CTTS (pierwotnie zatytułowanego “Ritual of the Names”). Dzieło ma być wielocześciowe, a jego pierwsza część będzie nosiła tytuł “Decompositions” (Volume I, oczywiście), a to co dostaliśmy w tym roku to jedynie “Decompositions, Volume I, Chapter 1: Rites of Initiations”. Czteroutworowa Epka, a to wystarczyło, aby zapewnić im drugą pozycję na mojej liście.

1. Mastodon „The Hunter”
W 2010 roku w Polsce odbyła się edycja festiwalu Sonicsphere, na którym po raz pierwszy na jednej scenie pojawiła się “wielka czwórka” trash metalu: Metallica, Slayer, Megadeth i Anthrax. Supportem miał być wówczas Mastodon i Behemoth. Mastodon odwołał przyjazd do Polski w ostatniej chwili, ja zaś wygłosiłem kontrowersyjną tezę, że z festiwalu zrezygnował najciekawszy wykonawca, czym ściągnąłem na siebie gromy ze strony kolegów. Tymczasem coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że miałem rację.
Megadeth w tym roku wydał nowy materiał, którym zainteresowali się chyba najwięksi tylko fani rudzielca. Metallica w kolaboracji z Lou Reedem wypuściła dwupłytowe kuriozum “Lulu”, co nie spodobało się nawet Hitlerowi. Zaś Mastdon położył na łopatki całą metalową i nie tylko konkurencję.
To co lubię w każdej sztuce to progres, a Mastodon zmienia się z płyty na płytę. Z progresywnego, oniryczno-progresywnego, osadzonego mocno w stylistce lat ’70 “Crack the Sky” przeszli do stoner rocka. Coraz mniej metalowo, motoryczne i cały czas do przodu. Niektórych kawałków z płyty mógłby pozazdrośćić sam Josh Homme.
Ale na tej płycie znajduję wiele. Nostalgia za muzyką, jakiej słuchało się wiele lat temu, a ten czas już nie wróci i można go sobie tylko przypominać, nie wracając do starych płyt, które zna się na pamięć, ale słuchając właśnie Mastodona, który potrafi tradycję przetworzyć i podać ją w nowoczesnej formie.
Piosenka roku: “Dry Bone Valley”.


Dlaczego science fiction?

Listopad 29, 2011

Zapraszam wszystkich bardzo serdecznie na spotkanie zorganizowane przez wydawnictwo Powergraph z okazji wydania dwóch antologii: „Głos Lema” oraz „Science Fiction”. Temat spotkania: „Dlaczego science fiction?”. Udział wezmą: Asia Skalska, Marcin Przybyłek, Rafał Kosik, Czarek Zbierzchowski, Alex Guetsche oraz autor tego bloga. Spotkanie odbędzie się w czwartek, pierwszego grudnia o godzinie 19.00 w Klubokawiarni „Grawitacja” na ulicy Browarnej 6, w Warszawie.


Postludzkie gry

Listopad 26, 2011

Jest już dostępny nowy numer CIO, a w nim mój felieton m.in. o posthumanizmie i gryfikacji. Cały tekst do przeczytania w internecie, pod tym linkiem.


Science Fiction

Listopad 19, 2011

Wczoraj miała miejsce premiera długo oczekiwanej antologii opowiadań hard SF „Science Fiction” wydanej przez Powergraph. Można w niej znaleźć moje opowiadanie „Trzeci Adam”, o którym już kiedyś na blogu pisałem. Zachęcam wszystkich do lektury – oczywiście całego zbioru.


The 5th of November

Listopad 5, 2011

Remember, remember the 5th Of November, the gunpowder, treason and plot. I know of no reason why the gunpowder, treason should ever be forgot.


Sen o memetyce

Sierpień 13, 2011

W sprzedaży jest nowy numer CIO z moim kolejnym felietonem, zachęcam do lektury. Tym razem piszę o memetyce.

Tekst można także znaleźć w internecie, w tym miejscu.


Święto rewolucji

Sierpień 13, 2011


Nowy świat, paradoks Fodora i kolektywna inteligencja

Maj 20, 2011

Chciałem poinformować, że zostałem felietonistą dwumiesięcznika CIO i mój pierwszy tekst na tych łamach nosi tytuł „Nowy świat, paradoks Fodora i kolektywna inteligencja”. Numer jest już w sprzedaży i zachęcam wszystkich do jego lektury.


Wreszcie

Kwiecień 17, 2011

doczekaliśmy się ekranizacji „Atlasa wzruszającego ramionami” (przynajmniej w Stanach). Wbrew szumnym zapowiedziom nie będzie to hollywoodzki blockbuster – w rolę Dagny Taggart wcale nie wcieliła się Angelina Jolie, a Galtem nie będzie Brad Bitt (tego akurat szkoda). Ja się bardzo cieszę, zacieram z radości dłoni i mam nadzieję, że film trafi do Polski, bo wymarzyłem sobie obejrzeć go w kinie. W dodatku to pierwsza część trylogii, więc czego chcieć więcej?
Kinem się nie interesuję, filmów oglądam tyle, co kot napłakał, jak chodzę do kina to głównie na opowieści o superbohaterach, a jednak na Atlasa czekam, jak dawno nie czekałem na jakikolwiek inny film. Z czego to wynika?
Filmy oglądam z dwóch powodów. Po pierwsze po to, aby zmierzyć się z ciekawą historią, zanurzyć w narrację, smakować fabułę – jest to cel, który realizuje literatura i literatura realizuje go znacznie lepiej niż kino. „Gęstość fabularna” w 300-stronicowej książce jest wyższa niż w 90-minutowym filmie (ok, nie oglądam seriali, które niwelują tę słabość filmu, więc tu się nie będę mądrzył).
Oprócz tego, film potrafi zrobić coś, czego literatura nie zagwarantuje, czyli dostarczy doznania „multisensoryczne”. Dlatego kino znacznie lepiej nadaje się do opowiadania skrajnie emocjonalnych historii – weźmy takie „300”, które historię mają prostą jak drut, ale film za serce chwyta jak mało który.
Z powodu numer jeden rzadko oglądam ekranizacje książek – skoro dobrze znam fabułę, a w filmie nie będzie wartości dodanej (patrz powód numer dwa), to po co mam tracić czas? Taki typ ekranizacji książek nazywam „ekranizacją niepotrzebną” – kiedy ani scenarzysta ani reżyser nie do końca rozumieją, że język kina i język literatury to dwa kompletnie różne światy i bez polotu (poprawnie, po szkolnemu) przekładają książkę na film. Dobrym przykładem jest „Hańba” na podstawie powieści Johna Coetzee – książka robi naprawdę mocne wrażenie, a film jest nudny jak flaki z olejem, nie dokłada nic do książki i po pół godzinie po prostu sobie po prostu odpuściłem.
Jeśli kogoś interesuje moja typologia ekranizacji, to w skrócie zaprezentuję dwie pozostałe kategorie.
Oprócz „ekranizacji niepotrzebnych” mamy jeszcze „ekranizacje głupie”, kiedy autorzy filmu książki po prostu nie skumali, starają się ją interpretować po swojemu, ale popełniają szkolne błędy. Dwa przykłady: „Solaris” Soderbergha, który kastruje z opowieści o myślącym oceanie całą głębię filozoficzną i skupia się na wątku miłosnym oraz „American Psycho”, który alegoryczną historię o upadku zachodniej cywilizacji próbuje pozycjonować jako realistyczny thriller. Normalnie dramat.
Istnieją także „ekranizacje wartościowe”, kiedy twórcy filmu albo wyciągają / wzmacniają z książki najważniejsze rzeczy albo po prostu świetnie operują językiem kina i dają widzowi ową „wartość dodaną” (czyli mój powód numer dwa). Najlepszym przykładem w tej kategorii jest „Fight Club”, który z treścią powieści Palahniuka śmiało sobie poczyna, ale w zamian za to dostarcza niesamowitych emocji, jakich na próżno szukać w książce, a w tym ostatnią scenę, najlepszą, jaka kiedykolwiek pojawiła się w kinie.
Dlaczego wierzę, że „Atlas Zbuntowany” uplasuje się właśnie wśród „ekranizacji wartościowych”? Są dwa powody. Mam nadzieję, że przesunięcie akcji w czasy współczesne pozwoli wzmocnić to, co w tej historii jest naprawdę ważne (choć może być trudno, jak to kiedyś analizowałem na blogu). No i wreszcie – o czym jestem przekonany po obejrzeniu trailera – dostanę całe mnóstwo emocjonalnej, multisensorycznej wartości (powód numer dwa). Już podczas lektury książki cały się trząsłem, czytając, jak Dagny i Hank jadą po raz pierwszy nową linią kolejową Galta. W kinie poryczę się jak dzieciak.


Dwie kolejne recenzje

Marzec 23, 2011

W sieci są dostępne nowe recenzje „Święta rewolucji”:

Na Katedrze
Na Polterze

Przy okazji recenzji Polterowej chciałem tylko uspokoić wszystkich potencjalnych Czytelników oczytaną przez autora recenzji krytyką pracoholizmu. Jestem chyba jedną z ostatnich osób, którą można posądzać o coś takiego :) I tyle, zamykam się i więcej nie komentuję.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.