Witam wszystkich po dłuższej przerwie (jeśli ktokolwiek nie stracił cierpliwości i jeszcze tu zagląda). Ostatnio byłym dość mocno zapracowany, zarówno zawodowo, jak i literacko. W tym drugim temacie mam nadzieję zdradzić wkrótce więcej szczegółów.
Ostatnio przeczytałem (a właściwie przesłuchałem audiobooka) „Limes Inferior” Janusza Zajdla. Wróciłem do tej książki po dobrych piętnastu latach i odkryłem ją na nowo. Jeśli idzie o konstrukcyjną wielowarstwowość, potencjalne płaszczyzny interpretacyjne, ale również profetyczność wizji – jest to utwór niemal doskonały. Korzystając z okazji, chciałem podzielić się z Wami kilkoma świeżymi (mam nadzieję) przemyśleniami, które zrodziły się podczas ponownej lektury Zajdla:
1. Konstrukcyjnie zazgrzytała mi tylko jedna sprawa. Każdy wie, że Zajdlowy Argoland jest paralelą późnego PRLu, wyniszczanego gospodarczym kryzysem. W „Limes Inferior” jest podobnie: bohaterowie narzekają na inflację (żółte punkty, niegdyś zarezerwowane dla dóbr luksusowych, są teraz potrzebne by kupić towary podstawowe). Z drugiej strony pojawia się informacja, że technologia obcych umożliwia produkcję niemal darmowej energii. Bohaterowie Zajdla żyją zatem w utopijnym świecie Drexlerowskiej ekonomii – podobne motywy w SF pojawiają się często, czego przykładem jest choćby „Crux” Jacka Dukaja. Skutkiem ubocznym zerokosztowej gospodarki jest wyeliminowanie potrzeby pracy większości obywateli, czyli popularny model 20/80 (20% pracujących ludzi wytwarza PKB wystarczający, by utrzymać pozbawione zajęcia 80%). +1 dla profetyczności Zajdla, choć osobiście w model 20/80 nie wierzę, ale to temat na zupełnie osobną notkę.
W Argolandzie oczywiście pracuje nieco więcej osób, ale jest to praca czysto fikcyjna, niezbędna do stabilizacji społecznej równowagi. To kolejna analogia do PRL. I jak w „Przemienieniu” Szczepana Twardocha pojawia się opinia, że za komuny naprawdę pracowali wyłącznie Esbecy, tak u Zajdla naprawdę pracują wyłącznie nadzerowcy.
I tu pojawia się sygnalizowany zgrzyt: skąd ta inflacja? W ziemskich gospodarkach inflacja bierze się z rosnących kosztów albo popytu. U Zajdla raczej nie są to koszty (bo energia jest za free) i na pewno nie jest to popyt (Argoland nie jest gospodarką wolnorynkową, nie ma mowy o żadnych podwyżkach, produkcji punktów bez pokrycia, nie ma banków, kredytów, a podażą pieniądza ręcznie steruje zapewne jakaś rada nadzerowców sześćdziesięcioczterokątnych). Czyżby to kosmici przejadali ziemski PKB?
2. Kolejny +1 dla profetyczności Zajdla za prekursorstwo data miningu i business intelligence. Sposób, w jaki służby namierzają Sneera to mistrzostwo świata. Automat do piwa, który wykrywa obecność w jednym lokalu sfrustrowanego trojaka i szemranego cwaniaczka. W kolejnym kroku automat loteryjny pozwala wygrać trojakowi, co do którego istnieją podejrzenia, że w najbliższym czasie stanie się klientem liftera. Z tego przykładu wykrywania fraudów powinni się uczyć wszyscy analitycy bankowi czy telekomy. To jest świat, jaki opisywałem w opowiadaniu „Horror Cyberneticus”, zupełnie nieświadomie przesiąknięty Zajdlową wizją
3. Do refleksji sprowokowała jeszcze scena, kiedy odsłonięta zostaje największa zagadka Argolandu – kosmiczne pochodzenie ciemiężycieli. Każdy normalny człowiek złapałby się wtedy za głowę i wykrzyknął: „Nie jesteśmy sami we wszechświecie!”, czując przy tym eschatologiczny dreszcz, wynikający z obcowania z najprawdziwszą Tajemnicą. Tymczasem Sneer przyjmuje to zwyczajnie, analizując zawiłości Argolandzkich stosunków społeczno-gospodarczych. Z czego to wynika? Czy może trzydzieści lat temu Silentum Universi nie było jeszcze czymś tak oczywistym, jak dzisiaj? Czy program SETI, który w 1982 roku (data powstania książki) miał dopiero 11 lat i wszyscy liczyli na jego rychłe sukcesy. Przecież wszechświat musi kipieć od radiowych pogawędek, jakie przez CB prowadzą obcy piloci statków kosmicznych!
4. I wreszcie, na sam koniec, owa osławiona Alicja, która daje nadzieję na wyrwanie się z PRLowskiego marazmu. W ubiegłym roku czytałem „Doktora Faustusa” Tomasza Manna i ostatnia scena „Limes Inferior” skojarzyła mi się z wizytą diabła u Adriana Leverkuhna. Mechanizm jest ten sam: w jednym akapicie, w kilku zdaniach, gwałtownie załamuje się ontologia powieściowego świata. Realistyczna, ustrukturyzowana według prawideł logiki opowieść skręca w stronę fantastyczną, bajkową, nie tracąc przy tym na wiarygodności. Sneer ucieka do innego wszechświata, Leverkuhn zawiera pakt z szatanem – a czytelnicy łykają wszystko bez mrugnięcia okiem. Oto sztuka, która udaje się największym.
Limes Inferior była naprawdę dobra, bardzo mi się podobała. Nad zakończeniem jednak bym się nie rozpływał, jak dla mnie było z dupy
Słabo już je kojarzę, ale pamiętam to odczucie. Może czegoś nie zrozumiałem, daaawno czytałem.
Przypomniałeś mi że Cruxa mam zaległego, ale nigdzie już nie ma “Historii przyszłości”. Teraz chętnie bym kupił.
A mi się zakończenie bardzo podobało. “Dopiero z ostatnim z ludzi umiera nadzieja” – pamiętajmy, że Limes pisany był w mrocznych latach ’80, również ku pokrzepieniu serc. Alicja ma raczej jednoznaczną interpretację: tylko cud może wybawić nas z komunizmu, co nie znaczy, że mamy tracić nadzieję.
“Cruxa” bardzo polecam. Bawiliśmy się ostatnio z kolegami w rankingi dekady ’00 (będą w nowym numerze Innych Planet, wkrótce więcej info) i “Cruxa” wrzuciłem na pierwsze miejsce wśród polskich opowiadań.
Przeczytałem i jakoś tak zebrało misie na bronienie Zajdla.
Po pierwsze: załóżmy że jacyś dobrzy wujkowie ( zza wielkiej wody, kosmosu, nieważne) dadzą nam technologię pozwalająca na wytwarzanie energii elektrycznej znikomym kosztem – przykładowo wrzucasz tonę śmieci do jakiegoś super-hiper reaktora i produkuje on energię wystarczają do zasilania milionowego miasta przez sto lat. Czy będzie to oznaczać automatycznie że mieszkańcy tego miasta przestaną płacić rachunki za prąd ? Niekoniecznie – wszak większość infrastruktury musi być utrzymywania, linie przesyłowe naprawiane, tworzone nowe, trzeba podłączać nowych użytkowników – tak czy siak maintenance generuje jakieś koszty. Owszem, obniżenie kosztów energii spowoduje obniżenie kosztów większości usług i produkcji, ale pewna ilość pracy musi być wykonana, nie tylko dla ludzkiego samopoczucia, ale żeby ludzie mogli w ogóle egzystować.
Poza tym, upraszczając: żeby piekarz upiekł chleb, oprócz prądu do pieca potrzebuje też ciasta, żeby zrobić ciasto musi mieć mąkę, żeby mieć mąkę, ktoś musi zajmować się zbożem, ktoś musi je zasiać i zebrać.. Żeby zrobić samochód trzeba mieć stal (pomijam casus trabanty) z hut, huty muszą ją dostać z kopalń itd. Koszta związane z przetworzeniem jednej materii na inne potrzebne nam formy materii będą prawdopodobnie zawsze. Jeżeli jakieś koszty będą zawsze, to zawsze będzie też szansa na inflację.
Oczywiście możemy zauważyć, że jak do pracy zaprzęgniemy roboty z powsadzanymi tymi reaktorami produkującymi energię praktycznie z niczego, to faktycznie kosztów praktycznie nie będzie – ale wtedy też właściwie też trudno znaleźć zajęcie dla ludzi.
Byłby to komunizm utopijny urzeczywistniony: każdemu według potrzeb, i to bez nakładu pracy – może i fajne, ale cośkolwiek nudne..
No, przeczytałem w końcu Cruxa. Rychło w czas, bo podobno wkrótce “Król Bólu” z nim wychodzi
Googlując o co chodzi z tym Drexlerem(pamięci to ja nie mam za grosz), trafiłem z powrotem na Twojego bloga Michale 
Naprawdę dobry jest Crux!