Dzisiaj pierwszy raz od wielu miesięcy (lat?) nie kupiłem weekendowej „Wyborczej”. Nie kupiłem z kilku przyczyn. Trochę dlatego, że zdecydowałem się na „Nową Fantastykę” (pierwszy raz od roku) ze względu na nowe opowiadanie Kuby Nowaka, które wszystkim gorąco polecam. Ale przede wszystkim dlatego, że rzuciłem okiem na pierwszą stronę, by zobaczyć, co tam w „Świątecznej” piszą i żaden z tematów nie wydał mi się wart zainwestowania 2,5zł. Być może się mylę, być może popełniłem błąd straszliwy, ale po prostu nie chciało mi się czytać o kolejnych politycznych awanturach i dywagacjach, czy Komorowski dobrze zrobił zapraszając Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego.
Teraz będzie trudny moment, bo nie chcę brnąć w ohydne banały i pisać, że jestem polityką zmęczony. Nie jestem. Obserwując ewolucję polityki w postpolitykę jestem natomiast coraz bardziej wkurzony, bo mam przekonanie, że coś krytycznie ważnego nam ucieka, trwonimy wysiłki na doraźne spory zamiast skupić się naprawdę ważnych problemach, które będą kształtowały oblicze świata w najbliższych dziesięcioleciach (choćby: wzrost znaczenia klasy średniej w Chinach i Indiach, globalne ocieplenie, długookresowa stabilność rynków finansowych, oil peak czy trendy demograficzne). To są naprawdę kluczowe tematy, o których powinno się dyskutować, u nas zaś są wypchnięte poza nawias publicznej debaty. Zamiast tego lepiej tracić czas i energię na kolejne przepychanki pomiędzy PiSem a PO i komentować wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego. Tak, wiem, piszę banały, wybaczcie.
Nie przeczytałem dzisiaj zatem „Wyborczej” (stwierdziłem, że pięć razy w tygodniu starczy, by „być na bieżąco”), a zamiast tego sfinalizowałem lekturę „Miasta i miasta” Chiny Mieville. Książka dała mi mnóstwo frajdy, jakiej dawno nie znalazłem w literaturze fantastycznej. Pomysł wyjściowy jest tyleż prosty, co genialny. Mamy dwa miasta – Beszel i Ul Qomę, położone gdzieś na Bałkanach. Osobiście czytając o Beszel, miałem w głowie Budapeszt, (a właściwie Peszt), taki groźny majestat wielopiętrowych kamienic, architektura ciężka i przytłaczająca. Myśląc o Ul Qomie (przeżywającej akurat gospodarczy boom) wspominałem wizytę w Tiranie, gdzie wieże minaretów odbijają się w szklanych ścinach biurowców (jak to ładnie sportretowała na zdjęciu moja żona).
Beszel i Ul Qoma to dwa miasta, ale właściwie jedno miasto. Stojące obok siebie budynki często należą do osobnych państw, a mieszkańcy jednego miasta są zobowiązani nie dostrzegać mieszkańców miasta drugiego. PRZEOCZYĆ ich. Odwrócić głowę, zgarbić się, patrzeć w ziemię, nie widzieć. Przekroczenie (interferencja z drugim miastem, nawet nieintencjonalna, jak wypadek drogowy) jest największą zbrodnią, ściganą przez specjalne służby działające ponad prawem, ponad umownymi granicami Beszel i Ul Quomy.
Fabuły książki nie zamierzam streszczać i każdego zachęcam do lektury. Główny pomysł jest na tyle dobry, że ciągnie w górę drobne niedostatki realizacyjne i aż szkoda, że potencjał nie został wyciśnięty do końca (taka ontologia świata jest wprost wymarzona, by rozgrywać w niej misterne kryminalne intrygi).
Alegoria Mievilla jest oczywista. Miasta podzielone. Berlin i Jerozolima. Wszystkie miejsca na ziemi, gdzie pokojowo muszą współistnieć obok siebie różne narody, kultury, religie. Niby nic odkrywczego, a jednak cholernie nośne.
Jak się wyżaliłem w początkowych akapitach jestem wkurzony postpolityką, która uniemożliwia reformowanie państwa w celu przygotowania się do wyzwań przeszłości. A może rozwiązanie tego problemu kryje się właśnie u Mievilla? Ostatnio ktoś rzucił pomysł „funkcjonalnego federalizmu” – skoro nie potrafimy się dogadać, skoro nie potrafimy zakończyć owej wojny „polsko-polskiej”, stanowimy kraj dwóch szybkości i różnimy się niemal we wszystkim: światopoglądzie, postrzeganiu roli państwa, wizji przeszłości i przyszłości kraju – może podzielmy się w cholerę i będzie spokój. Każdy zajmie się sprawami, które z jego punktu widzenia są ważne. Wprowadzeniem Euro i autostradami. Smoleńskiem i krzyżem. Będzie Polska „PO” i Polska „PiS”, Polska „oświeceniowo-świecka” i Polska „katolicko-narodowa”. Będziemy mieli swoje szkoły przedszkola, szkoły, systemy edukacyjne i podatki.
Pomysł żywcem przepisany z Mievilla. Będziemy żyli koło siebie, ale w innych systemach, innych państwach. Widząc na ulicy przedstawiciela Polski „katolicko-narodowej” będę czym prędzej odwracał głowę, mając pewność, że on zrobi to samo. Nie będę trąbił na samochody z drugiego państwa choćby wlekły się trzydziestką po Niestachowskiej w Poznaniu.
Czyli co – przeoczamy się? Zaczynamy zaraz? Mój dzisiejszy gest nie kupienia „Wyborczej” był pierwszym krokiem na tej ścieżce. Kompletnie przestaje mnie obchodzić, co dzieje się tam, u was, po drugiej stronie. Wkrótce w ogóle nie będę was widział. Pożegnajmy się, bo to ostatni moment, zanim wyrosną pomiędzy nami niewidzialne granice.
Ta książka to nie fikcja, to reportaż z Polski AD 2010. To już się dzieje. I jest przerażające.
Wiem, że to wiesz, ale nie mogę się powstrzymać
– Agora to taki sam kombinat, jak ten, w którym pracujesz. I dokładnie takie same słupki decydują o tym, co i za ile dzisiaj sprzedaje. Dobór treści na jedynce jest profilowany pod oczekiwania czytelników, a ci nie mają ochoty / potrzeby / możliwości rozmawiania o prawdziwych problemach. “Ważne” jest, czy PKP jeździ punktualnie, czy PiS przegrał głosowanie (ale już nie to, w jakiej sprawie) i czy jakaś babka pokazała cycki na imprezie czy nie.
Widzę to dobrze na swoim blogu. Gdy komentuję bieżączkę, a jeszcze lepiej, gdy komuś “dokładam” to czytelnictwo się trzyma. Gdy “filozofuję” i stawiam grubsze pytania, gadam sam do siebie.
Tylko jeden przykład. Przez 20 lat nie było w Polsce rozmowy o katolicyzmie. Po awanturze na Krakowskim Przedmieściu miałem nadzieję na rozpoczęcie fajnego, publicznego dialogu, którego efektem byłoby redefiniowanie pojęć – Katolik, aktywista katolicki, udział KK w życiu publicznym itp. Skończyło się na kilku wulgarnych antyklerykalnych okrzykach i dzisiaj wszyscy udają, że nic się nie stało. A może tak naprawdę nic się nie stało i nie ma potrzeby definiowania czegokolwiek? Nie wiem…
Co do koncepcji federalizmu, to abstrahując od tego, że nie cenię prof. Markowskiego, to nie w tym problem, że podziały występują. One były zawsze i wszędzie. Nawet nie w tym problem, że są one nie do przezwyciężenia, bo w granicach wolności przekonań mieści się także prawo do głupoty, fundamentalizmu, doktrynerstwa, ignorancji, zabobonu, a z tymi rzeczami trudno znaleźć kompromis. Problem w tym, że Bóg nas chyba chciał pokarać i jak budowniczym wieży Babel pomieszał języki. No i każdy nadaje swoje.
Pełna zgoda, że Agora jest kombinatem, poddanym dyktatowi czytelniczych słupków. Ale mimo wszystko “Wyborczą” (a zwłaszcza “Świąteczną”) sobie cenię, bo jakby nie patrzyć, w tym masowym medium można znaleźć często rzeczy ważne i jednocześnie oderwane od biążączki, jak np wywiad z Baumanem czy dywagacje Gadomskiego na temat problemu nadmiernego wzrostu długu publicznego. Podobne podejście i próba spojrzenia poza horyzont najbliższego tygodnia jest też oczywiście w wielu innych tytułach, choćby w “Rzepie”, ale z nimi różnię się w definiowaniu problemów
Myślę, że dotykamy tutaj co najmniej kilku ważnych rzeczy:
- rola mediów w doborze tematów obecnych w publicznej debacie (media mówią to, co czego chcą odbiorcy, czy odbiorcy chcą tego, o czym mówią media) – polecam w tym temacie np “Zabawić się na śmierć” N. Postmana
- percepcja społeczna rzeczywistego wpływu polityki na kształtowanie świata (z jednej strony Tusk mówi “Nie uprawiamy polityki, budujemy mosty”, co moim zdaniem jest kretyńskie, bo buduje wyobrażenie polityki jako gry dla dużych chłopców – może i emocjonującej, ale kompletnie nieistotnej; a z drugiej strony odbywający się w tym tygodniu szczyt UE – jeśli strefa Euro (która jest tematem politycznym) się posypie, to będzie to miało kolosalny wpływ na życie każdego z nas i musimy się tym interesować)
- kryzys demokracji – nie chodzi mi tutaj o banalną konstatację “Chiny nie mają demokracji i się najszybciej rozwijają”, ale raczej pytanie, czy możliwy jest taki stan, że sfera polityki i “życia codziennego” zupełnie się rozłączą, frekwencja w wyborach spadnie do 10%, itd. Czy takie społeczeństwo może w ogóle funkcjonować?
- no i rzecz najważniejsza – przyszłość. Jeśli utopimy się w bieżączce i całą energia pójdzie w doraźne spory, jeśli niczego nie zaczniemy realnie zmieniać, to prędzej czy później zderzymy się w wyzwaniami przyszłości (demografia, klimat, postęp technologiczny, ekonomia). Co wtedy z nami będzie?
Na Wyborczą i Rzepę nie dam powiedzieć złego słowa. Gdy sobie wyobrażę, że mógłbym obudzić się w sobotni poranek i w kiosku mieć wybór tylko między Dziennikiem, Polską, Naszym Dziennikiem, Superakiem i Faktem to szybko chwytam portfel i lecę kupić oba wzmiankowane tytuły
Bez nich nie ma polskiego rynku prasy codziennej. Tylko one piszą o czymś więcej niż wczorajsze wiadomości. A że piszą po swojemu? Chwała im za to.
1) to jest zamknięty krąg. Media dają to co ludzie chcą mieć, a ludzie lubią to (bo tylko to mają), co dają media. Dla mnie ideałem jest postawa, nazwijmy to, dobrego nauczyciela: program dostosowany do możliwości ucznia + 5%. Tak by go jednak trochę ciągnąć w górę. Z mediami jest tak jak z lagerami
Czego ostatecznie nie rozstrzygnęliśmy – pijemy je, bo tylko to znamy, czy też fabryki muszą produkować tylko to, bo nic innego nam nie smakuje.
2) mi też nie podobał się ten slogan PO, a żeby samego siebie nie cytować
http://bardzosubiektywnie.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?2
Sami siebie przekonujemy, a politycy nas w tym utwierdzają, że na świecie dokonała się jakaś niezauważalna rewolucja i to nie liderzy, przywódcy decydują o losach świata a ja, ty, nasze matki i sąsiedzi. Mamy taki sam bezpośredni wpływ na globalne wydarzenia jak zwykły Rzymianin na losy Cesarstwa. Możemy wyjść na ulicę i trochę nabałaganić. Jeżeli będzie nas mało, to poszczują nas psami. Gdy pójdziemy kupą, to jeden z nas ma szansę awansować na salony.
Nikt nie podkreśla, bo nie jest to w interesie “grupy trzymającej władzę”, że nasz wpływ bezpośredni jest żaden, ale mamy ogromny wpływ pośredni. Wybieramy tych liderów i im płacimy, co jest wielką cywilizacyjną zdobyczą. Ale jak widzę, że “karuzela stanowisk” kręci się w najlepsze i nikt nie przejmuje się tzw. wyborcą, to mnie trzęsie. Znów posłużę się cytatem:
http://bardzosubiektywnie.blox.pl/2010/12/Pelne-poparcie-dla-kierownictwa-partii-w.html
Przepraszam Michale za te linki, ale ruszałem te tematy kilka dni temu i chcę pokazać, że myślimy na podobnych rejestrach. Co cieszy
3) ja kryzysu demokracji nie widzę. Ujawniają się po prostu jej immanentne cechy, czyli jakaś taka urawniłowka, tępienie się wyrazistych skrzydeł i przemożna chęć rozstrzygania wszystkiego przez głosowanie na wiecach. Jestem wielkim fanem demokracji, ale wartości liczby Pi bym pod głosowanie nie poddał, bo mi się potem koła popierdolą. To są negatywne, ale w pełni naturalne efekty “awansu społecznego”, jednego z największych darów XX wieku. Skoro rozszerzyła się baza “ludzi”, “obywateli” i “uczestników życia społecznego” to siłą rzeczy zmieniła się także wrażliwość społeczna i hierarchia wartości.
Może rację miał F. Starowieyski (to chyba jego), że świat dziadzieje, bo ludzie zapomnieli, co to podział na dwór i czworaki. Jak był między tymi budynkami płot, to każdy wiedział, gdzie jego świat i jaka jego rola społeczna. Ani pan nie mądrzył się jak pasać owce, ani chłop nie dywagował nad symboliką dworskiej zastawy
Teraz, jak u Lenina, każda kucharka chce być premierem i na każdym kroku jest utwierdzana w swoich marzeniach – idź, kucharko, i się realizuj. Czyń świat na swoją modłę
A ta modła czasami jest straszna, bo wyrwana z kontekstu. Ale kucharka nie miała czasu poznać kontekstu, bo najpierw pichciła obiady, a teraz wzięła się za samorealizację. A karta do biblioteki gdzieś się zapodziała 
Cenzus? Hmm, dusza liberała krzyczy, diabeł pragmatyzmu zaciera ręce. Najgorsze co może nas spotkać, to wprowadzenie nakazu głosowania.
A odpowiadając na twoje pytanie – ja bym chciał, by w wyborach brało udział 10% społeczeństwa, bo tyle mniej więcej wiedziało o co chodzi w minionych wyborach
4) Tzw. wyzwania przyszłości zderzają się w debacie publicznej z walcem pt. “To jest temat zastępczy”. Cokolwiek byśmy nie ruszyli, zaraz usłyszymy, że są tematy ważniejsze, bo bieżące. Dzisiaj to jest np. rozkład jazdy PKP i póki to nie będzie załatwione, to nikt nie będzie się zajmował chińską ekspansją gospodarczą, czy problemami demografii demolującymi systemy emerytalne. Jesteśmy trochę jak małe dzieci, jak się skupimy na jednej czynności, to świat dookoła nas nie istnieje. Język wywalony na brodę, oczy skupione w punkt i niech się wali, pali, siedzimy i dłubiemy.
Przez wiele lat prowadzony był głośny spór o zmiany klimatyczne. Ciekawy, gorący i rokujący nadzieję na wypracowanie przyszłościowych rozwiązań. Wystarczyły dwie ostrzejsze zimy w Europie i już nikt się tym tematem publicznie nie zajmuje, bo media (pod wpływem wiecowego głosowania, o którym pisałem wyżej) ogłosiły, że kiep i bałwan jest ten, kto twierdzi, że klimat się ociepla. Przecież zimno jak ta lala i nie róbcie z nas idiotów.
A co będzie z nami? Nic nie będzie. Jakoś tych parę tysięcy lat cywilizacja istnieje i mimo zagorzeń, jakoś daje radę. A wszelkie Kasandry zawsze można spalić, by nie przeszkadzały. Tracimy tylko możliwość rozwiązania problemów na etapie wykluwania się. Ale kamieniem może rzucić tylko ten, kto bada się regularnie na wszelkie możliwe choroby. Ja nie rzucę
Pewnie masz rację, pewnie lepiej żyć w społeczeństwie, gdzie do urn idzie 10% uprawnionych, niżby pozostałe 90% miało głosować na idiotów. Problem w tym, że kiedy wszystko idzie gładko i panuje względny dobrobyt – wtedy można mieć wszystko w dupie i od polityki się dystansować (wtedy owe 10% nie przeraża). Kiedy nadejdą chude lata (a ekonomia uczy, że nadchodzą cyklicznie
), kiedy rządzący stają przed realnymi dylematami “coś za coś”, wtedy pozostałe 90% zaczyna się martwić o swój los i idzie do wyborów. W takiej sytuacji państwo może sobie zrobić długodystansową krzywdę, jeśli obywatele zagłosują na obiecujących najwięcej populistów. Jaka na to rada? Chyba tylko: edukować, najchętniej poprzez mass-media (te z misją), rządowe programy informacyjne itd…
Co do przyszłości: państwo powinno być jak duża i sprawnie zarządza korporacja. Z jednej strony działy operacyjne, które zajmują się gaszeniem krótkookresowych pożarów (czyli np. spóźnieniami PKP), a z drugiej strony działy strategiczne, które zajmują się projektowaniem scenariuszy rozwoju i planów długookresowych. Z praktyki wiem, że tych dwóch funkcji nie da się połączyć w jedno, bo ugaszenie pożaru jest ZAWSZE ważniejsze niż zaplanowanie czegoś, co wydarzy się w przyszłym roku, nie mówiąc już za lat dwadzieścia. Kto się w polskim rządzie zajmuje foresightem oprócz Boniego (dla którego to i tak nie są jedyne obowiązki)?
A co z nami będzie? Oczywiście nie stawiam się tu w roli Kasandry i “zderzenie z wyzwaniami w przyszłości” zabrzmiało zbyt mocno. Generalnie jestem optymistą i wierzę, że wszystko będzie szło ku lepszemu. Chciałbym żyć w normalnym kraju i mieć przekonanie, że politycy robią wszystko, by w długim okresie maksymalizować dobrobyt i zadowolenie obywateli – a tego bez solidnej debaty publicznej na kilka tematów nie ruszymy.
Dotknąłeś fajnego tematu – foresight. Jeżeli pod pojęciem “rząd” masz na myśli “ministerstwa” to pełna zgoda – tam właśnie jest miejsce, czas i zasoby by zajmować się patrzeniem w przyszłość i przewidywaniem przyszłych problemów. Bo “rząd” jako taki jest sprawą z natury rzeczy 4-letnią, przejściową i owładniętą bieżączką. Za dużym jestem cynikiem, by wierzyć, że politycy zajmą się czymś innym niż swoimi szansami na reelekcję. Ale eksperci w ministerstwach łachy nie robią i wymagam od nich dużo więcej niż dzisiaj dostaję.
Było coś takiego jak Narodowy Program Foresight, ale chyba zdechło, bo na stronie ostatnie newsy są sprzed 5 lat
Jednym słowem, praca wre.
Wyzwaniami przyszłości powinny się przede wszystkim zajmować dwie instytucje społeczeństwa obywatelskiego – think tanki oraz uniwersytety. Niestety, w Polsce to byty intelektualnie martwe. Kilka ciekawych inicjatyw – Centrum Smitha, Fundacja Batorego, Instytut Spraw Publicznych – goni mam wrażenie w piętkę i niewiele z ich zbiorowej inteligencji wynika. A przynajmniej do mnie nie dociera strumień światłej myśli wytworzonej w tych bytach.
Wniosek z tego taki, że nie ma komu zainicjować, moderować i co najważniejsze skonsumować wniosków z debaty publicznej. Co w perspektywie kilkudziesięciu lat jest smutne.
No miło Panowie że tak sobie dyskutujecie, nie prywatnie i można to poczytać.
Co do zasady się z wami zgadzam. Co do “sposobu definiowania problemów” – nie. Nie chce mi się przez elektroniczne media puszczać politycznej dyskusji, zwłaszcza że się dużo mniej znam na wszystkim niż Wy. Ale też chciałbym “budować autostrady” tyle że “polska nowoczesna” ich niestety nie buduje, ani np. nie wprowadza euro. Innymi słowy, nie utożsamiajmy “polski nowoczesnej” z PO ani katolickiej z PIS. Albo taki Boni – chciałbym widzieć w nim foresightowego eksperta – choć nie wiem za co on tam odpowiada, ale np. “rodzina na swoim”, chyba flagowy program Boniego – to coś z czego czerpią korzyści jedynie Deweloperzy.
Co do dyskusji o polskim katolicyźmie – całe życie i i swoje wysiłki intelektualne jej poświęcam – i nie wiem co to oznacza “brak dyskusji o polskim katolicyzmie”. czy z “krzyża” miałoby rzeczywiście coś wyniknąć – nie mam pojęcia co. Dla mnie z tego wyszło zgorszenie najpierw “obrony krzyża” a potem zgorszenie plucia na ten sam krzyż. Krzyż stał się obciachowy – i sumie to jest dla mnie doświadczenie istoty krzyża – Obciachowa rzecz na której wisi Bóg. Tak właśnie powinno być.
A co do innych tematów które wypływają ostatnio – Tysiąc, aborcja, in vitro, homoseksualizm, obyczaje seksualne, wychowanie dzieci, antykocnepcja – generalnie nie wiem czemu miałyby to być tematy “religijne” (no ale tak się składa że nikomu uprócz kościołów nie przychodzi na myśl angażowac się w takie etyczne dyskusje).
No cóż – mam wrażenie, że merytoryczna dyskusja na te tematy spotyka się z rewolucyjnmi napadami w stylu Piotra Wierchowieńskiego z Biesów opartymi na emocjach, medialnych linczach, manipulacjach i wyrokach sądowych. Więc jak tu wierzyć w merytoryczną dyskusję?