Wreszcie

doczekaliśmy się ekranizacji „Atlasa wzruszającego ramionami” (przynajmniej w Stanach). Wbrew szumnym zapowiedziom nie będzie to hollywoodzki blockbuster – w rolę Dagny Taggart wcale nie wcieliła się Angelina Jolie, a Galtem nie będzie Brad Bitt (tego akurat szkoda). Ja się bardzo cieszę, zacieram z radości dłoni i mam nadzieję, że film trafi do Polski, bo wymarzyłem sobie obejrzeć go w kinie. W dodatku to pierwsza część trylogii, więc czego chcieć więcej?
Kinem się nie interesuję, filmów oglądam tyle, co kot napłakał, jak chodzę do kina to głównie na opowieści o superbohaterach, a jednak na Atlasa czekam, jak dawno nie czekałem na jakikolwiek inny film. Z czego to wynika?
Filmy oglądam z dwóch powodów. Po pierwsze po to, aby zmierzyć się z ciekawą historią, zanurzyć w narrację, smakować fabułę – jest to cel, który realizuje literatura i literatura realizuje go znacznie lepiej niż kino. „Gęstość fabularna” w 300-stronicowej książce jest wyższa niż w 90-minutowym filmie (ok, nie oglądam seriali, które niwelują tę słabość filmu, więc tu się nie będę mądrzył).
Oprócz tego, film potrafi zrobić coś, czego literatura nie zagwarantuje, czyli dostarczy doznania „multisensoryczne”. Dlatego kino znacznie lepiej nadaje się do opowiadania skrajnie emocjonalnych historii – weźmy takie „300”, które historię mają prostą jak drut, ale film za serce chwyta jak mało który.
Z powodu numer jeden rzadko oglądam ekranizacje książek – skoro dobrze znam fabułę, a w filmie nie będzie wartości dodanej (patrz powód numer dwa), to po co mam tracić czas? Taki typ ekranizacji książek nazywam „ekranizacją niepotrzebną” – kiedy ani scenarzysta ani reżyser nie do końca rozumieją, że język kina i język literatury to dwa kompletnie różne światy i bez polotu (poprawnie, po szkolnemu) przekładają książkę na film. Dobrym przykładem jest „Hańba” na podstawie powieści Johna Coetzee – książka robi naprawdę mocne wrażenie, a film jest nudny jak flaki z olejem, nie dokłada nic do książki i po pół godzinie po prostu sobie po prostu odpuściłem.
Jeśli kogoś interesuje moja typologia ekranizacji, to w skrócie zaprezentuję dwie pozostałe kategorie.
Oprócz „ekranizacji niepotrzebnych” mamy jeszcze „ekranizacje głupie”, kiedy autorzy filmu książki po prostu nie skumali, starają się ją interpretować po swojemu, ale popełniają szkolne błędy. Dwa przykłady: „Solaris” Soderbergha, który kastruje z opowieści o myślącym oceanie całą głębię filozoficzną i skupia się na wątku miłosnym oraz „American Psycho”, który alegoryczną historię o upadku zachodniej cywilizacji próbuje pozycjonować jako realistyczny thriller. Normalnie dramat.
Istnieją także „ekranizacje wartościowe”, kiedy twórcy filmu albo wyciągają / wzmacniają z książki najważniejsze rzeczy albo po prostu świetnie operują językiem kina i dają widzowi ową „wartość dodaną” (czyli mój powód numer dwa). Najlepszym przykładem w tej kategorii jest „Fight Club”, który z treścią powieści Palahniuka śmiało sobie poczyna, ale w zamian za to dostarcza niesamowitych emocji, jakich na próżno szukać w książce, a w tym ostatnią scenę, najlepszą, jaka kiedykolwiek pojawiła się w kinie.
Dlaczego wierzę, że „Atlas Zbuntowany” uplasuje się właśnie wśród „ekranizacji wartościowych”? Są dwa powody. Mam nadzieję, że przesunięcie akcji w czasy współczesne pozwoli wzmocnić to, co w tej historii jest naprawdę ważne (choć może być trudno, jak to kiedyś analizowałem na blogu). No i wreszcie – o czym jestem przekonany po obejrzeniu trailera – dostanę całe mnóstwo emocjonalnej, multisensorycznej wartości (powód numer dwa). Już podczas lektury książki cały się trząsłem, czytając, jak Dagny i Hank jadą po raz pierwszy nową linią kolejową Galta. W kinie poryczę się jak dzieciak.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.