Odrzuceni

Sierpień 15, 2009

Ostatnia notka, ta na temat „Doktryny Szoku”, była dość poważna. Tym razem spuszczę z tonu i napiszę znów o muzyce, zainspirowany dyskusją, która pojawiła się w komentarzach przy okazji sporu Pixies vs Jane’s Addiction. Czytelnik MarcinB użył tutaj niezłego argumentu, porównując ilość wkładek w Tylko/Teraz Rocku: 2:0 na korzyść Jane’s Addiction. Taki stan rzeczy stanowi oczywiście pochodną muzycznych preferencji redaktorów Tylko Rocka, które to preferencje w znacznym stopniu rzutowały w latach ’90 na muzyczną wrażliwość znacznej ilości polskich nastolatków, kreowały trendy i kształtowały gusty. To temat na zupełnie inną notkę, ale – choć mnóstwo Tylko Rockowi zawdzięczam – po latach czuję się przez niego oszukany: że tak długo pozostawałem ślepy na tysiące zjawisk w szeroko rozumianym rocku, że z wielkim opóźnieniem poznawałem ważne (acz niekoniecznie mainstreamowe) zespoły i dopiero szeroki dostęp do sieci otworzył mi oczy na bogactwo muzyki.
W kreowaniu muzycznych gustów przez Tylko Rocka kluczową rolę odgrywały całościowe omówienia dorobku danego wykonawcy, czyli tak zwane „wkładki”. Pozwolę sobie dzisiaj zaproponować małą zabawę w ranking dziesięciu najważniejszych zespołów, które wkładki się nigdy nie doczekały. Oczywiście zapraszam Czytelników do komentowania listy i dodawania swoich propozycji:

10. Danzig
Kiedyś w TR porównywali ich do the Doors (chyba chodziło o wpływ bluesa). Genialna kapela na początku kariery, która w ostatnich latach jakoś się zagubiła i wydaje wciąż nowe płyty, ale raczej nikogo to nie obchodzi.
Na pięć gwiazdek: jedynka i trójka („How the Gods Kill”)

9. Death
Jakby nie patrzyć, ekstremalne odmiany metalu stanowią istotny nurt w muzyce rockowej i żeby oddać im zasługi, warto wspomnieć o najwybitniejszym przedstawicielu tego gatunku. Death o u szczytu kariery, brutalnie przerwanej przez nowotwór Chucka Schuldinera, był naprawdę wielkim zespołem, a ich dwie ostatnie płyty muszą zostać docenione nie tylko przez wielbicieli cięższszych brzmień.
Na pięć gwiazdek: „Symbolic” i „Sound of Perseverance”

8. Killing Joke
Czołowy przedstawiciel sceny new wave / postpunk, czyli całej masy niezwykle ciekawych i oryginalnych zespołów, które na początku lat ’80 przejęły pałeczkę po zdychającym punk-rocku. Po gorszym „syntezatorym” epizodzie na przełomie lat 80/90 znów nagrywają świetne płyty i kto jak kto – ale oni na wkładkę na pewno zasługują.
Na pięć gwiazdek: „Reveletions” i drugi „Killing Joke” (z 2003 roku)

7. Sisters of Mercy
Bardzo dziwna sytuacja. Grupa otoczona w Polsce prawdziwym kultem, wielokrotnie koncertująca w naszym kraju (ostatni raz w marcu tego roku). Jeden z ulubionych zespołów byłego felietonisty TR, śp. Tomasza Beksińskiego. Szeroko rozumiany rock gotycki jest lubiany w środowisku redaktorów TR (vide np. niedawna wkładka o Lacrimosie), więc nieobecność Sister of Mercy dziwi tym bardziej. Wkładka o tym zespole byłaby zresztą niepowtarzalną okazją na przeprowadzenie wywiadu z Dr Avalanche.
Na pięć gwiazdek: „Floodland” i „Vision Thing”

6. Rage Against the Machine
Pewnie RATM nie jest najważniejszym zespołem na mojej liście, ale jego nieobecność we wkładce jest największym kuriozum i rzeczą najtrudniejszą do pojęcia. W swoim czasie ogromnie popularny w Polsce, doceniany przez redaktorów TR oraz czytelników gazety (por. np. lista najlepszych płyt lat ’90), nigdy nie doczekał się całościowego omówienia – choćby w łącznym zestawieniu z Audioslave, który jeszcze do niedawna pozostawał aktywny i nagrywał nowe płyty.
Na pięć gwiazdek: debiut i „Evil Empire”, a kto myśli inaczej jest głupi i nie zna się na muzyce!

5. the Melvins
Cholernie ważna dla amerykańskiej alternatywy kapela, która przez TR jest doszczętnie olewana (no dobra, czasami dają ich recenzje). Prekursorzy grunge (Buzz Osborne uczył grać na gitarze Cobaina), zespół, który jedną piosenką („Boris”) zdefiniował nowy gatunek muzyczny – sludge metal. Płyt mają od cholery, więc jest o czym pisać.
Na pięć gwiazdek: tutaj mam nieco problem, bo ich dorobek jest dość równy i trudno coś szczególnie wyróżnić, ale spróbuję: „Ozma”, „Bullhead”, „Houdini”

4. Swans
Ciekawy przypadek kapeli, jakkolwiek niezbyt znanej wśród szerokiej publiczności, ale bardzo popularnej wśród polskich muzyków (pamiętam zaskakująco wysoką pozycję „Children of God” w zestawieniu płyt, które wstrząsnęły polskim rockiem). Wychodząc od ekstremalnego noise dotarli do neofolku, czyli nurtów, o których programowo milczy się w TR i gdzie nowym albumom tak wybitnych zespołów jak Current 93 czy Death in June nie poświęca się nawet pół zdania.
Na pięć gwiazdek: jak będą we wkładce, to pewnie taką notę dostanie wzmiankowany „Children of God”, ale jakbym ja miał gwiazdkować, to byłoby to „White Light from the Mouth of Infinity” i „Burning World”.

3. Dead Kennedys
Absolutny brak słów. Najbardziej wpływowy zespół amerykańskiej sceny niezależnej przełomu lat 70/80, który inspirował setki naśladowców i wskazywał punk-rockowi nowy kierunek rozwoju po agonii Sex Pistols. Na osobną uwagę zasługują liczne projekty Biafry po rozpadzie DK – kiedyś postaram się je krótko podsumować na blogu.
Na pięć gwiazdek: „Fresh Fruits for Rotting Vagetables”, „Plastic Surgery Disasters” i „Frankenchrist”

2. Fugazi
Fugazi to nie jest zwykły zespół, a kult. Ikona niezależności na amerykańskiej scenie hardcore, z płyty na płytę odchodząc od wściekle punkowych korzeni, eksperymentując z brzmieniem i melodiami. Zespół, który nigdy nie nagrał słabej płyty, z czego redaktorzy TR zdawali sobie sprawę, bardzo wysoko gwiazdkując w bieżących recenzjach kolejne albumy grupy. Prekursorzy nurtu emo.
Na pięć gwiazdek: „End Hits” i „Argument”

1. Pixies (a ktoś spodziewał się czegoś innego?)
Pominięcie Pixies to największa wtopa Tylko Rocka. Jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka, który pierwszy połączył brudny, garażowy czad z popową melodyką, stając się prekursorem grunge i alternatywnego rocka lat ’90. Dobrym pretekstem na wkładkę jest ponowne zejście się grupy, trasa koncertowa i zapowiedzi nowego materiału.
Na pięć gwizdek: „Surfer Rosa / Come on Pilgrim” i „Dollittle”

I jako bonus jeszcze krótko druga dziesiątka, bez szczegółowych pozycji i opisów: Einstürzende Neubauten, Black Flag, Flaming Lips, Public Image Limited, Laibach, Gang of Four, Primus, Ministry, Voivod, Mogwai.


Ranking pierwszy – ostatnie sceny filmów

Czerwiec 6, 2009

Jak każdy nerd uwielbiam wszelkiego rodzaju rankingi, podsumowania i statystyki. Dlatego postanowiłem od czasu do czasu urządzać takowe zabawy na blogu. Dzisiaj pierwsza odsłona: najlepsze zakończenia filmowe. Nie chodzi mi jednak o pomysłowe twisty, zwroty akcji, zaskakujące finisze. Zupełnie nie! Myślę o zakończeniach filmów, gdzie kluczową rolę spełnia muzyka. Chodzi mi o mistrzowskie połączenie dźwięku i obrazu, które wywołuje u widza czysto fizjologiczne reakcje, zmienia właściwości galwaniczne skóry, rozbudza prawdziwe emocje. Wchodzą napisy końcowe, dalej leci muzyka, a nam nie chce się wychodzić z kina…
Jedziemy:

Miejsce numer 3: “Matrix”
O filmie sensu pisać nie ma, oglądał każdy i każdy ma wyrobioną opinię. Z perspektywy lat (i dwóch zupełnie niepotrzebnych kontynuacji) można Matrixa uznawać za dzieło naiwne, ale ostatnią scenę należy docenić. Neo odkłada telefoniczną słuchawkę i wtedy rozbrzmiewa genialny riff “Wake up” RATM, a właściwie należy napisać riff “Kashmir” starych pryków z Led Zeppelin, przez RATM twórczo unowocześniony. Dalej Neo zupełnie od czapy wzbija się w powietrze, ale muzyka powoduje, że możemy scenarzystom wszystko wybaczyć. Puryści mogą ponarzekać na inny miks w porównaniu z płytą. Dla przypomnienia tutaj (z bonusem w postaci francuskich napisów):

Miejsce numer 2: “Między Słowami”
Bardzo krótko: Tokio, samotność, Scarlett Johansson i Jesus and Mary Chain. Filmu nie pokażę z powodu “roszczenia dotyczącego praw autorskich przez NBC Universal”. Szkoda

Miejsce numer 1: “Podziemny Krąg”
Lider jest bezdyskusyjny, nie wyobrażam sobie lepszego filmowego finiszu niż skrajnie anarchistyczna wizja spełniającego się projektu Mayhem z muzyką Pixies w tle. To są zdecydowanie tematy na osobne notki: tak sam film, proza Chucka Palahniuka oraz drugi najważniejszy zespół rockowy wszechczasów (jakby ktoś się zastanawiał, numer jeden to Velvet Underground). No i sekundowa przebitka penisa.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.